Na nartach po Łemkowszczyźnie

7 lutego 2021 | 0 komentarzy

W roku 1935 na łamach „Tempa Dnia”, a więc popołudniowego wydania „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” publikowany był w odcinkach reportaż Romana Reinfussa o jego narciarskiej wędrówce po Łemkowszczyźnie. Po 85 latach wiele spostrzeżeń autora dotyczących Beskidu Niskiego jest aktualnych, a trasy, które opisywał, nadal zachwycają podczas wędrówek na nartach biegowych. Które z nich współcześnie można przemierzać jak niemal przed wiekiem?

W pierwszym odcinku reportażu, którego przedruk znaleźć można w wydanej przez Muzeum Etnograficzne w Krakowie książce Pytania do źródeł. Roman Reinfuss, autor pisał tak: „Łemkowszczyzna stała się modna. Piszą o niej coraz częściej, uczeni wszystkich gatunków i kalibrów zjeżdżają się tu, by robić odkrycia, a turyści ze zdumieniem przetarli oczy, że też znalazł się jeszcze w Polsce zakątek, gdzie nie stanęła dotąd noga miejskiego człowieka. Rok temu w styczniu wędrowałem przez tydzień po bezdrożach zachodniej Łemkowszczyzny; wspomnieniami z tej pięknej wycieczki dzielę się z czytelnikami. (…) Wszyscy jak sensacyjną powieść czytać będą reportaż »Na nartach po Łemkowszczyźnie« opisujący nieznany zakątek Polski, pełen historycznych zabytków, legend, tajemnic i barwnego folkloru. Jasło, Gorlice, Grybów, Piwniczna, Żegiestów, Krynica – oto granica egzotycznego legendarnego kraju”. Po 85 latach mogłabym się podpisać pod słowami autora. Beskid Niski to nadal najdziksza i dosyć słabo zaludniona kraina o wyjątkowych walorach przyrodniczych, krajobrazowych i historycznych. Odwiedzany jest przez turystów głównie latem, ewentualnie jesienią, ale zapomniany zimą. Ta pustka to dzisiaj atut tego regionu, który doceniają nieliczni jej miłośnicy. W ostatnich latach często podążałam beskidzkimi śladami Romana Reinfussa i pokonałam niektóre odcinki wspomnianych przez niego tras nie tylko pieszo, ale też – jak on – na nartach biegowych. Reinfuss swoją przygodę, którą dzielił z przyjacielem będącym zawodowym narciarzem, zaczął w Gorlicach, gdzie „(…) śnieg był początkowo marny, leżał po fosach wilgotny, brudny, do niczego. Im wyżej, warunki poprawiały się. Gdyśmy wyszli na pierwszy szczyt, narty sunęły już miękko po białej puszystej powierzchni”. Duet kierował się w kierunku Klimkówki, gdzie zaplanowany był pierwszy nocleg. Dziennikarz pisał: „Początkowo droga wypadała nam wzdłuż szlaku. Taki szlak to najgorsza zasadzka, jaka czai się na człowieka na gładkiej drodze. Teoretycznie wystarczy znaleźć jedno drzewo oznaczone kolorowym paskiem, by stąd zobaczyć drugie, spod drugiego trzecie itd. Malowane drzewa chwytają się pod ręce i prowadzą do celu spokojnie i bez kłopotu. W praktyce sprawa przedstawia się inaczej – jeden znak zrobiony był na kamieniu i przysypany jest śniegiem, drugi był na drzewie, które już dawno wycięto, a trzeci jest tak dowcipnie umieszczony, że można go dojrzeć tylko w pozycji leżącej”. Kolejnego dnia z Klimkówki ruszyli w kierunku Homoli: „Jest to grzbiet niewysoki składający się z kilku drobnych szczytów (około 700 metrów). Z Homoli roztacza się przepiękny widok na dolinę Ropy, widać z daleka murowaną cerkiew w Klimkówce, Uście Ruskie, Magurę, po drugiej zaś stronie grzbietu równie rozległy widok na dolinę Białej”. W drugim odcinku reportażu Reinfuss pisał o drodze do Ropek: „Przez Homolę posuwaliśmy się ogromnie wolno – ciągłe podchodzenia i krótkie zjazdy wśród drzew”. W swoim tekście skupił się na opisie mieszkańców wsi, a dokładnie gospodarzy jednej z chyż, w której przenocowali.

Dawniej i dziś

Mieszkając w Ropkach i zwiedzając okolicę zimą na nartach biegowych, mogę domyślać się wrażeń wjeżdżających do wsi turystów sprzed lat. Trasę opisaną w reportażu często pokonuję na nartach w warunkach zbliżonych do tych opisywanych w 1935 roku, a więc zasypaną śniegiem, ubitą i nieposypaną solą czy piaskiem drogą. Współcześnie brakuje oczywiście łemkowskich domostw, które w latach trzydziestych ciągnęły się długim sznurem wzdłuż drogi poprowadzonej w malowniczej dolinie. Wtedy stała tu chyża przy chyży, a przed każdą najprawdopodobniej znajdował się łemkowski krzyż lub kapliczka. W zagrodzie dostrzec można było zwierzęta, a w śniegu bawiące się dzieci. Myślę, że droga sprzed wieku wiodła, podobnie jak dzisiaj, szerokim gościńcem do głównego skrzyżowania, gdzie rozchodzą się drogi na Wysową i Czertyżne, pnąc się lekko pod górę wzdłuż rzeki. Współcześnie, zapewne podobnie jak przed niemal wiekiem, na długości zaledwie dwóch kilometrów nawet niewytrawni narciarze mogą spróbować wszelkich narciarskich stylów – od wyścigów po spokojne sunięcie z delikatnym odbijaniem się kijkami. Osobiście lubię narty biegowe za przyjemność, jaką daje ta forma ruchu, a także możliwość oddychania świeżym powietrzem. W Beskidzie Niskim dodatkowe walory wycieczek na biegówkach to możliwość chłonięcia wszechogarniającego piękna zimowej scenerii, a także jego kontemplacji w samotności. Spotkanie drugiego narciarza lub człowieka w beskidzkich dolinach jest bowiem stosunkowo mało prawdopodobne.

Z Ropek do Czertyżnego

Wróćmy do relacji Romana Reinfussa z trzeciego dnia wyprawy. Autor pisze w niej tak: „(…) droga z Ropek do Czertyżnego wiedzie częściowo szeroką halą, częściowo przez las. Śnieg wspaniały. Gałęzie jodeł i świerków aż się pod nim uginają. Robi się groźnie. Gęste mgły przewalają się olbrzymimi kłębami, wiatr dmie. Chwilami odsłania się widok na przeciwległą górę. Na szczycie przełęczy [Lipka – przyp. red.] chwyta nas śnieżna zadymka. Płatki śniegu przysłaniają widok na parę kroków (…). Zamiast iść dalej górami, jedziemy drogą. Tymczasem zawieja przeszła, rozjaśniło się nieco, a przed naszymi oczami ukazało się Czertyżne”. Dziennikarz, wjeżdżając do Czertyżnego przed 85 laty, zobaczył typową wieś łemkowską ze stylową, piękną cerkwią. Dziś niestety, podobnie jak w innych beskidzkich dolinach, nie ma już ani domostw, ani cerkwi, ani tym bardziej mieszkańców, czyli Łemków. We wspomnianej wsi zachowały się jedynie cmentarz z kilkunastoma nagrobkami i krzyż upamiętniający wysiedlonych mieszkańców. Dolina jest niezamieszkała, a jedyny ślad obecności człowieka w tej okolicy to wycięte i ściągnięte z lasu ogromne buki lub jodły. Droga, którą narciarze jechali w latach trzydziestych, teraz jest nieodśnieżana zimą, więc jazda na biegówkach przy sprzyjających warunkach pogodowych jest tu wspaniała. Cały czas w dół w pustej dolinie, gdzie wiatr podnosi kłęby białego pyłu. W mroźny, ale słoneczny dzień szusowanie w tym miejscu po miękkim, lekko roziskrzonym śniegu jest czystą radością.

Nie tylko śladami Reinfussa

Przyjemność z jazdy na nartach biegowych znaleźć można w wielu miejscach w Beskidzie Niskim. Dawniej Reinfuss wraz ze swoim przyjacielem przemierzali tereny zachodniej Łemkowszczyzny. Obecnie ja, wraz z rodziną, wybieram na biegówki inne, nie tylko opisane przez dziennikarza połemkowskie doliny i leśne drogi. Do jednego z moich ulubionych kierunków na zimowe wycieczki w gminie Uście Gorlickie należy Regietów Wyżny – ze względu na rozległy widok i panoramę w kierunku Rotundy i Jaworzyny Konieczniańskiej z jednej strony oraz Jaworzynki i Koziego Żebra z drugiej. Łatwą trasą, nawet dla początkujących narciarzy biegowych, w tym również dzieci, jest droga z Izb do Bielicznej, gdzie znajduje się murowana grekokatolicka cerkiew. Trasa biegnie obok dużego bobrowiska i przy dobrej pogodzie cieszy oczy widokiem na najwyższy szczyt w okolicy, czyli Lackową. W gminie Sękowa do naszych ulubionych zimowych tras należy szlak przez Czarne w kierunku Nieznajowej lub Wołowca. Jest to kilkugodzinna pętla wzdłuż rzeki Zawoi i Wisłoki, która prowadzi oznaczonymi szlakami przyrodniczymi. Ciekawym wyborem jest też malownicza trasa z Radocyny przez Lipną do Zdyni. Biegnie ona leśną ubitą drogą, początkowo cały czas pod górę, ale od przełęczy Zajęcza Góra do samej Zdyni zachwyca imponującym zjazdem w dół. Większość z tych tras jest oznakowana, zimą ratrakowana i utrzymywana przez Stowarzyszenie Rozwoju Sołectwa Krzywa, które kilka lat temu stworzyło projekt „Śnieżne Trasy Przez Lasy” i w jego ramach utrzymuje osiemdziesięciokilometrową sieć szlaków narciarstwa biegowego. Opisane wyżej trasy często biegną wzdłuż górskich rzek, czasami je przecinając, ale w większości są płaskie – ewentualnie z niewielkimi wzniesieniami. Dzięki temu nie trzeba mieć świetnej kondycji czy techniki, żeby spróbować jazdy na biegówkach w beskidzkiej scenerii. Warto wycieczki tego typu potraktować jako alternatywę dla zimowych wędrówek.

Magdalena Rzeźnik

korekta: Gosia Milian-Lewicka

 

Warto przeczytać

Rozbiórka domu

Rozbiórka domu

Rozbiórka domu za nami. Pogoda dopisywała, dlatego praca szła szybko i bez większych przestoi. Okazało się, że dom w dużej mierze jest zbudowany z modrzewia i…

Przenosimy drewniany dom

Przenosimy drewniany dom

Gdzieś w Beskidzie Niskim była piękna działka. W innym miejscu stał drewniany, prawie stuletni dom łemkowski. Postanowiliśmy przenieść dom i nadać mu nowe…

Krosno i okolice

Krosno i okolice

Dzisiaj byliśmy na fajnej wycieczce w okolicach Krosna. Najpierw zwiedziliśmy ruiny zamku w Kamieńcu. Dzieciaki biegały po ruinach, zaglądały do wszystkich…

Komentarze

Komentarzy: 2

2 komentarze

  1. M

    Czesc

    Reply
    • matragona

      Dziękuję za ten artykuł.To niczym teleportacja w cichą krainę Beskidu Niskiego..to moja ukochana część Beskidów,biegowo,turystycznie i rowerowo.Na skitury może trochę za płasko,więc kompletuję właśnie sprzęt BC i mam nadzieję,że jeszcze tej zimy odwiedzę Beskid Niski i powędruję na nartach.
      Dzięki za inspirację:)

      Reply

Dodaj odpowiedź do matragona Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *